...Cass?
Oszukałaś nas.
„Jedyna”
miała być ostatecznym pożegnaniem z tym uniwersum. Zdecydowałyśmy
się na analizę tej serii przekonane, że czeka nas wyłącznie
przebijanie się przez trylogię o Americe Singer i ewentualnie kilka
nowelek na deser.
...Taaa.
Powitajcie
najnowszą odsłonę z piekła rodem.
O
czym traktuje owo dziełko? O tym powie nam filmik promocyjny:
Oraz
oficjalne streszczenie:
Dwadzieścia lat temu America Singer wzięła udział w Eliminacjach i zdobyła serce księcia Maxona. Teraz nadszedł czas, by swoje Eliminacje zorganizowała księżniczka Eadlyn. Eadlyn nie oczekuje, że jej Eliminacje będą choć odrobinę przypominać bajkową historię romansu jej rodziców. Jednak gdy rozpoczyna się rywalizacja, dziewczyna odkrywa, iż znalezienie szczęśliwego zakończenia nie jest tak niemożliwe, jak zawsze się spodziewała.
Eee. Trochę sucho. Zobaczmy, co znajdziemy na Selection
Wiki:
Księżniczka Eadlyn od dziecka słuchała opowieści o tym, jak poznali się jej rodzice. Dwadzieścia lat temu America Singer wzięła udział w Eliminacjach i zdobyła serce księcia Maxona – a później żyli długo i szczęśliwie. Eadlyn zawsze uważała ich bajkowy romans za coś niezwykle romantycznego, ale sama nie ma zamiaru iść w ich ślady. Najchętniej odwlekałaby decyzję o ślubie tak długo, jak tylko się da. Ale księżniczka nigdy nie decyduje w pełni o swoim losie i Eadlyn zmuszona jest zorganizować własne Eliminacje – niezależnie od tego, jak bardzo jest temu przeciwna.
Eadlyn nie oczekuje, że jej historia skończy się znalezieniem prawdziwej miłości. Jednak gdy rozpoczyna się rywalizacja, jeden z uczestników przykuwa uwagę Eadlyn, ukazując jej możliwości rysujące się na horyzoncie...i udowadniając, że znalezienie szczęśliwego zakończenia nie jest tak niemożliwe, jak zawsze się jej wydawało.
No, troszkę lepiej. W każdym razie na analizę
wystarczy.
Cóż, wiecie już zatem, o czym traktuje najnowsza
książka Kiery; córka Amisi i Maksia urządza własne Eliminacje.
Zazwyczaj w tym miejscu opisujemy Wam główne bezsensy
fabularne, które czekają na nas na kartach danego dzieła. Ale nie
tym razem. Tym razem skupimy się na czymś innym.
Małe ćwiczenie. Wróćmy na chwilę do protagonistek
wszystkich zanalizowanych przez nas do tej pory dzieł – Belli
Swan, Melanie Stryder, Wagabundy i Ameriki Singer. Spróbujmy – z
oczywistych przyczyn biorąc pod uwagę wyłącznie pierwszy tom
serii, w której występuje dana postać – wymienić chociaż jedną
zaletę lub dobry uczynek każdej z dziewczyn.
- Bella Swan, „Zmierzch”: gdy dowiaduje się, że mający na nią chrapkę Tofik (zwany też Jamesem) porwał jej matkę, bez wahania godzi się na stawienie się w wyznaczonym przez niego miejscu w zamian za oszczędzenie życia rodzicielki (chwilowo spuśćmy zasłonę milczenia na fakt, że gdyby wysiliła swoją jedyną szarą komórkę i powiedziała o wszystkim Alice i Jasperowi w ogóle nie musiałaby się niepotrzebnie narażać).
- Melanie Stryder, „Intruz”: odkąd skończyła czternaście lat dba o to, by jej młodszy brat przeżył w postapokaliptycznym świecie (chwilowo spuśćmy zasłonę milczenia na fakt, że karmi przy tym swój dziwaczny matczyny fetysz).
- Wagabunda, „Intruz”: spędza godziny przy łóżku umierającego Waltera, udając jego żonę i starając się rozjaśnić mu ostatnie chwile życia (chwilowo spuśćmy zasłonę milczenia na fakt, że zgodnie z ustanowionym przez Meyer kanonem w ogóle nie powinna być w stanie tego zrobić).
- America Singer, „Rywalki”: dowiedziawszy się, że jej pokojówki mogą nie mieć wystarczająco dużo czasu na dotarcie do swojego schronu upiera się, iż mają zostać wpuszczone do królewskiego bunkra (chwilowo spuśćmy zasłonę milczenia na fakt, że była to jedynie wymówka aby pokazać, jakie to z dziewczyny Dobre Mzimu).
Pytacie, skąd ta wyliczanka?
Bo Eadlyn nie miałaby szans się do niej
zakwalifikować.
Tak, drodzy czytelnicy. Belka, Mela, Wandzia i Amisia –
najbardziej marysuistyczne, głupawe, wredne i samolubne postacie w
historii literatury – w zestawieniu z Edzią nagle zaczynają
prezentować się w zupełnie nowym świetle. A wiecie, dlaczego?
Ponieważ o Eadlyn Schreave – i piszemy to absolutnie
serio – nie da się powiedzieć NIC dobrego.
Ci z Was, którzy nie czytali „Następczyni” zapewne
pomyśleli sobie w tym momencie: „Przesadzają. Nie może być tak
AŻ TAK źle”. Natomiast ci, którzy „Następczynię”
przeczytali, wcale sobie tak nie pomyśleli – bo już wiedzą, z
czym przyjdzie nam się barować.
Naprawdę, kochani. Jesteśmy zupełnie poważne.
Bucowaty, psychopatyczny tru loff to w powieściach YA już smutny
standard; protagonistka nie wzbudzająca w czytelniku żadnych uczuć
poza czystą odrazą – i to kompletnie wbrew woli autorki –
to zupełnie inna para kaloszy. Dość powiedzieć, że po raz
pierwszy w historii naszych analiz miałyśmy autentyczną ochotę
wpełznąć między karty książki (a raczej do laptopa/czytnika) i
własnoręcznie udusić drogą narratorkę – a dalibóg, takiej
reakcji nie doczekał się z naszej strony nawet Jared Howe.
A po „Następczyni” czeka nas wszak jeszcze jeden –
szczęśliwie ostatni (Cass, lepiej, żebyś tym razem nie zrobiła
nas w trąbę!) - tom z punktu widzenia tej istoty.
Po prostu bajka.
Na koniec kwestia czysto techniczna: jak już
wspomniałyśmy przy okazji epilogu „Jedynej”, nowa odsłona
serii to także nowe porządki w dziedzinie punktacji. W związku z tym posegregowałyśmy kategorie; podzieliłyśmy je na te, które będą
wspólne dla oryginalnej trylogii i powieści z punktu widzenia
Eadlyn, te, które należą wyłącznie do pierwszych trzech tomów i
te zupełnie nowe, stworzone na potrzeby „Następczyni”. Ostatnia
sekcja jest póki co pusta; będziemy ją uzupełniać wraz z
pojawianiem się konkretnych kategorii w analizach.
Jeśli więc nie zniechęciłyśmy Was kompletnie do
lektury tym przygnębiającym wstępem, to serdecznie zapraszamy do
wspólnego przedzierania się przez „Następczynię” autorstwa
Kiery Cass.
Do zobaczenia w niedzielę!
Beige & Maryboo
