niedziela, 11 czerwca 2017

"Faworytka” - część II

Maryboo: Na początek uwaga techniczna - z jakiegoś powodu zepsuło się formatowanie (być może mój komputer zbuntował się, widząc, że dodaję notkę w zastępstwie za Beige ;)) więc będziecie musieli dziś przemęczyć się z mniejszą czcionką. Przepraszamy!



Raz za razem prostowałam palce. Dłonie w końcu się zagoiły, ale czasem, po ciężkim dniu, puchły i zaczynały boleć.

To się powinnaś cieszyć, że po tym, jak zrobili ci z rąk miazgę, możesz ich w ogóle używać.

Dzisiaj wieczorem nawet moja cienka obrączka opinała zbyt mocno palec. Widziałam, że zaczyna się strzępić, i zanotowałam w myślach, żeby jutro poprosić Cartera o nową. Straciłam już rachubę, ile obrączek ze sznurka zużyliśmy, ale ten symbol miał dla mnie ogromne znaczenie.
Podniosłam znowu skrobaczkę i zmiotłam rozsypaną mąkę ze stołu do śmieci. Kilka innych osób z kuchennego personelu zamiatało podłogę lub chowało niepotrzebne składniki. Wszystko było gotowe do śniadania i wiedziałam, że niedługo będziemy mogli iść spać. Odetchnęłam głębiej, gdy para rąk objęła mnie w talii.
Witaj, żono – powiedział Carter i pocałował mnie w policzek. – Jeszcze pracujesz? – Pachniał jak jego praca: świeżo ściętą trawą i słońcem. Byłam pewna, że trafi do stajni – gdzieś, gdzie będzie ukryty przed wzrokiem króla – tak jak ja zostałam schowana w kuchni. Tymczasem on spacerował wraz z innymi ogrodnikami, tam, gdzie wszyscy mogliby go zobaczyć. Wieczorem wracał pachnący świeżym powietrzem, a ja przez moment czułam się, jakbym też spędziła dzień na dworze.

Ja już naprawdę nie wiem, jak komentować te idiotyzmy. Koleś sobie beztrosko lata na świeżym powietrzu całymi dniami i nikt, ale to absolutnie nikt nawet nie pomyśli „Heeej, skądś znam tę gębę. Czy to nie aby ten zdrajca, który miał zostać odesłany w siną dal autobusem?”

Westchnęłam.
Już prawie skończyłam. Posprzątam tutaj i przyjdę się położyć.
Potarł nosem moją szyję.
Nie przemęczaj się. Jeśli chcesz, mogę ci pomasować ręce.
Byłoby cudownie – szepnęłam miękko. Nadal uwielbiałam masaż na koniec dnia – chyba nawet bardziej, gdy robił go Carter niż kiedyś moja pokojówka – ale jeśli mój dzień kończył się długo po ciszy nocnej, zwykle musiałam się obchodzić bez takiego luksusu.
Zdarzało się, że wspominałam czasy, gdy byłam damą. Jak miło było być uwielbianą, jak dumna była moja rodzina, jak piękna się czułam. Trudno było z osoby, której stale usługiwano, stać się osobą, która stale usługuje, ale mimo to wiedziałam, że mogło być znacznie, znacznie gorzej.

A wystarczyło tylko trochę pomyśleć, potem trochę poczekać i byłabyś teraz Dwójką, żoną gwardzisty pałacowego.

Starałam się uśmiechać, ale Carter mnie przejrzał.
Co się stało, Marlee? Ostatnio jesteś przygnębiona – szepnął, nie wypuszczając mnie z ramion.
Bardzo tęsknię za rodzicami, szczególnie teraz, przed Bożym Narodzeniem. Cały czas się zastanawiam, jak sobie radzą. Jeśli ja czuję się tak źle bez nich, jak oni radzą sobie beze mnie? – Zacisnęłam wargi, jakbym dzięki temu mogła nie wpuścić dalej smutku. – Poza tym wiem, że to pewnie niemądre, ale nie będę miała dla ciebie żadnego prezentu. Co mogłabym ci dać? Bochenek chleba?
Ucieszyłbym się z bochenka chleba!
Roześmiałam się z powodu entuzjazmu w jego głosie.
Ale nie mogłabym nawet upiec go z własnej mąki. To by była kradzież.
Pocałował mnie w policzek.
To prawda. Poza tym kiedy ostatni raz coś ukradłem, to była bardzo cenna rzecz, a mnie potraktowano lepiej, niż na to zasługiwałem, i teraz cieszę się z tego, co mam.

Tu się nie ma z czego cieszyć, tylko wyć nad własną głupotą.

Nie ukradłeś mnie, nie jestem imbrykiem.
Hmmm – zastanowił się. – Może ty mnie ukradłaś? Bo z pewnością pamiętam, że kiedyś należałem do siebie, ale teraz jestem tylko twój.

Gołąbeczki gruchają sobie w najlepsze, gdy nagle do kuchni wpada gwardzista z jakąś dziewczyną. Szuka Marlee, a raczej Mallory. Prosi, żeby poszła gdzieś z nim.

Jego głos był pełen napięcia, ale to, że mnie poprosił, sprawiło, że bałam się trochę mniej. Każdego dnia lękałam się coraz bardziej, że ktoś powie królowi o tym, że Carter i ja mieszkamy potajemnie w pałacu. Wiedziałam, że gdyby tak się stało, chłosta wydawałaby się nagrodą, a nie karą.

Nieszczególnie się dziwię, że się boją, ta ich cała konspira jest cienka jak barszcz z paczki. To i tak cud, że jeszcze nikt ich nie zawlekł przed oblicze zioma nad ziomami, Clarksona.

Skręciliśmy do skrzydła koszarowego, a ja czułam się coraz bardziej zagubiona. Osoba o mojej pozycji nie miała wstępu do tej części pałacu. Wszystkie drzwi były zamknięte z wyjątkiem jednych, przed którymi stał inny gwardzista. Jego twarz była spokojna, ale w oczach miał niepokój.
Zrób tylko, co w twojej mocy – powiedział ktoś w pokoju. Znałam ten głos.
Stanęłam na progu i zobaczyłam, co jest w środku. Na łóżku leżała America, a z jej ramienia sączyła się krew. Jej główna pokojówka badała ranę.

Pokojówki w Ikei to naprawdę kobiety renesansu. Mają dyplomy i certyfikaty ze wszystkiego. Aż serce rośnie.

Wszystkiemu przyglądali się książę i tych dwóch gwardzistów. Anne, nie odrywając spojrzenia od rany, rzuciła krótkie polecenia.
Niech ktoś przyniesie wrzątku. W apteczce są środki antyseptyczne, ale wrzątek też się przyda.

Wrzątek się zawsze przydaje.

Marlee leci do kuchni po wrzątek i ręczniki. W ostatniej chwili chwyta też brandy, którym poi Amisię, podczas gdy doktor Quinn, a.k.a Anna Pokojówka przygotowuje igły do łatania Singerówny.

Cieszę się, że tu jesteś.
Serce mi się krajało, gdy widziałam ją tak przerażoną, chociaż teraz była już bezpieczna. Nie miałam pojęcia, przez co przeszła, ale zamierzałam zrobić, co w mojej mocy, by jej ulżyć.
Zawsze możesz na mnie liczyć, Ami. Wiesz o tym. – Uśmiechnęłam się i odgarnęłam jej z czoła kosmyk włosów. – Co ty wyprawiałaś, na litość boską?
Widziałam, jak zastanawia się nad odpowiedzią.
Myślałam, że to dobry pomysł – powiedziała tylko.

Oj, Amiś, Amiś, chyba w całym swoim życiu nie miałaś ani jednego dobrego pomysłu…

Przechyliłam głowę.
Ami, ty masz zawsze mnóstwo złych pomysłów – oznajmiłam, próbując się nie roześmiać. – Dobre intencje, ale najgorsze pomysły.

I jak tu się nie zgodzić?

Anne wyprasza wszystkich poza Marlee.

Dobrze. Proszę, żeby wszyscy wyszli na korytarz. Panienko Marlee – ciągnęła. Tyle czasu minęło, odkąd ktoś poza Carterem użył mojego prawdziwego imienia, że miałam ochotę się rozpłakać. Nie zdawałam sobie sprawy, ile to dla mnie znaczy. – Potrzebuję tu trochę miejsca, ale może panienka zostać.
Nie będę przeszkadzać – zapewniłam ją.
Chłopcy wycofali się na korytarz, a Anne przejęła dowodzenie.

Ci chłopcy właśnie usłyszeli, jak kuchta Mallory została nazwana panienką Marlee. No i spoko, co się będziemy przejmować.

Gdy zwracała się do Ami i szykowała się do zaszycia rany, byłam pod wrażeniem jej opanowania. Zawsze lubiłam pokojówki Ami, szczególnie Lucy, która była taka kochana, ale teraz zobaczyłam Anne w nowym świetle. Wydawało mi się niesprawiedliwe, że ktoś tak godny zaufania w trudnej chwili jest tylko pokojówką w pałacu.

Ja też się dziwię, dlaczego lasia z 150 różnymi certyfikatami tak się marnuje.

W końcu Anne zaczęła oczyszczać ranę, której pochodzenia wciąż nie potrafiłam się domyślić. 
 
Cóż, rany postrzałowe są dość charakterystyczne… Albo ja oglądam za dużo filmów sensacyjnych.

Ami krzyczała z ręcznikiem w ustach, a chociaż sprawiało mi to okropną przykrość, wiedziałam, że muszę ją przytrzymać, żeby się nie ruszała. Przycisnęłam ją ciężarem swojego ciała, koncentrując się na tym, żeby utrzymać nieruchomo jej ramię.
Dziękuję – mruknęła Anne i wyjęła pęsetą maleńką czarną grudkę. Czy to była ziemia? Okruch betonu?

UGH.

Następnie mamy dalszą część sceny (opatrywanie rany i nabzdryngolona Amisia), którą już znamy, więc ją wam odpuszczę

Lepiej zachowajmy to dla siebie – zaproponowała Anne.
Też tak myślę – westchnęłam. – Co jej się mogło stać?
Anne zesztywniała.
Nie potrafię odgadnąć, co robili, ale jestem całkowicie pewna, że to rana postrzałowa.

No coś ty!?

Postrzałowa?! – wykrzyknęłam.
Anne skinęła głową.
Kilka centymetrów w lewo i byłoby po niej.

A my byśmy mieli święty spokój.

Popatrzyłam na Ami, która właśnie szturchała swoje policzki palcami, chyba tylko po to, żeby sprawdzić, jakie to uczucie.
Całe szczęście, że nic jej nie jest.
Nawet gdybym jej nie usługiwała, chciałabym, żeby została księżniczką. Nie wiem, co bym zrobiła, gdybyśmy ją stracili. – Anne nie mówiła tego jak służąca, ale jak poddana. Doskonale rozumiałam, co ma na myśli.

Cass, dosyć masturbacji zajebistością twojej pacynki! Nikt i tak ci nie wierzy!
Marlee musi się już zmywać w pałacowe mroki, gdzie nikt, ehkem, ekhem, jej nie rozpozna.

Byłam pewna, że niczego nie będzie pamiętać. Gwardzista, który po mnie przyszedł, stał teraz na końcu korytarza na straży. Drugi gwardzista siedział na podłodze tuż pod drzwiami i niespokojnie bawił się palcami, podczas gdy Maxon chodził tam i z powrotem.
I co? – zapytał książę.
Już jej lepiej. Anne zajęła się wszystkim, a Ami… Wypiła mnóstwo brandy, więc jest troszeczkę nieprzytomna. – Zachichotałam na wspomnienie słów piosenki. – Możecie już tam wejść.
Gwardzista na podłodze wstał błyskawicznie, a Maxon natychmiast podszedł do drzwi. Chciałam ich zatrzymać i zadać kilka pytań, ale teraz najprawdopodobniej nie była na to odpowiednia chwila. Zmęczona wróciłam do naszego pokoju, a odpływ adrenaliny sprawił, że czułam się wykończona. Gdy się zbliżyłam, zobaczyłam Cartera siedzącego pod drzwiami na korytarzu.
Nie musiałeś na mnie czekać – powiedziałam cicho, z nadzieją, że nikomu nie przeszkadzamy.
Położyłem ją do łóżka – wyjaśnił. – Więc uznałem, że tu zaczekam.
Kogo położyłeś do łóżka?
Tę dziewczynę z kuchni, która przyszła z gwardzistą.
A, prawda – usiadłam koło niego. – Czego ona ode mnie chciała?
Wydaje mi się, że masz ją nauczyć zawodu. Nazywa się Paige i z tego, co mi powiedziała, wynika, że ta noc była naprawdę interesująca.
Jak to?
Jeszcze bardziej zniżył głos.
Była prostytutką. Powiedziała, że America znalazła ją i przyprowadziła tutaj, a to oznacza, że ona i książę opuścili dzisiaj w nocy pałac. Masz może pomysł dlaczego?
Potrząsnęłam głową.
Wiem tylko, że właśnie pomagałam Anne, która zaszywała ranę postrzałową Ami.
Carter był tym wstrząśnięty tak samo jak ja.
Co robili, żeby narazić się na takie niebezpieczeństwo?

* Przypomina sobie tę scenę z perspektywy Ami.* 

Ahahahahahahahahahahahahahahaha!!!

Ziewnęłam.
Nie wiem, ale mam przeczucie, że chcieli zrobić coś dobrego.

Taaa, tylko mózgów im tak strasznie brakuje.

Chociaż spotkania z prostytutkami i udział w strzelaninie wydawały się lekko podejrzane, wiedziałam, że Maxon zawsze starał się robić to, co słuszne.

Ręka mnie już boli od facepalmów. O twarzy nie wspomnę.

Chodź do środka – powiedział Carter. – Możesz spać obok Paige, a ja się prześpię na podłodze.
Nie ma mowy. Gdzie ty, tam i ja – odparłam. Chciałam dzisiaj mieć go obok siebie. Tyle myśli kłębiło mi się w głowie, a ja tylko przy nim czułam się bezpieczna.
Pamiętam, że uważałam Ami za niemądrą, gdy tak długo gniewała się na Maxona za naszą chłostę, ale teraz zaczęłam ją rozumieć. Chociaż szanowałam go z całego serca, byłam też zła na to, że pozwolił, by została ranna. Po raz pierwszy mogłam zobaczyć wymierzenie nam kary jej oczami. Wiedziałam, jak bardzo jest mi droga i jak bardzo ja muszę być jej droga. Jeśli czuła chociaż połowę tego niepokoju, który ja odczuwałam dzisiaj, to wystarczyło z nawiązką.

Marlee, akurat w waszej sprawie Maks zrobił, co mógł. To na was powinna być zła Ami, żeście odpierdzielili coś tak durnego. Amisia z kolei została ranna przez czysta głupotę wszystkich zaangażowanych w tajną akcję, więc sprawa jak zwykle rozbija się o niechęć do używania mózgu przez absolutnie każdego bohatera w Cassolandzie. What else is new?!


Jump cut.


Rebelianci zaciukali mojego zioma i jego Amebę, Maksio został królem, jak mi przykro. A co z Marlee i Carterem w tej nowej rzeczywistości?

Minęło już półtora tygodnia, a życie było dalekie od powrotu do normalności. Gdziekolwiek się nie ruszyłam, rozmowy obracały się wokół ataku. Jako jedna z nielicznych miałam mnóstwo szczęścia. Podczas gdy inni byli bezlitośnie mordowani w pałacu, Carter i ja siedzieliśmy bezpiecznie w naszym pokoju. Był na zewnątrz, robił coś w ogrodzie, gdy usłyszał strzały. Uświadomił sobie, co się dzieje, pobiegł do kuchni, złapał mnie i uciekliśmy do pokoju. Razem z nim zabarykadowałam drzwi łóżkiem, na którym się położyliśmy, żeby było cięższe. Godziny mijały, a ja drżałam w jego ramionach, przerażona, że rebelianci mogą nas znaleźć. Zastanawiałam się, czy istnieje szansa, że ulitują się nad nami i w kółko pytałam Cartera, czy nie powinniśmy próbować ucieczki z pałacu, ale on upierał się, że tutaj jesteśmy bezpieczniejsi.
Nie widziałaś tego, co ja, Marlee. Nie sądzę, żeby nam się udało.

Wiecie co? Z dobrego serca wam pomogę i dam wam supertajny numer telefonu do Henia i Miecia. A jak nie macie wypasionego smartfona, to wystarczy stanąć przed lustrem i wypowiedzieć 3 razy „Henio i Miecio są zajebiści”. To ich na pewno przywoła, a potem wezmą was pod skrzydła. Będziecie musieli tylko czekać w umówionym miejscu. Zgarną was z pałacu i przyhołubią.

Czekaliśmy, nasłuchując odgłosów i poczuliśmy ulgę, gdy nasi w końcu pojawili się w korytarzu i zaczęli pukać do drzwi. Dziwnie było o tym myśleć, ale gdy zamykaliśmy się w pokoju, królem był Clarkson, a kiedy wyszliśmy z pokoju, korona należała do Maxona. Nie było mnie na świecie, gdy poprzednio był koronowany nowy król, ale miałam poczucie, że dla kraju oznacza to naturalną zmianę. Może po prostu wiedziałam, że zawsze będę szczęśliwa jako poddana Maxona. Poza tym oczywiście Carter i ja nadal mieliśmy mnóstwo pracy, więc nie było czasu, by zastanawiać się nad nowym monarchą.

Z deszczu pod rynnę, sorry za spoilery, ptysiu.

Marlee zapiernicza w kuchni, gdy pojawia się jakiś gwardzista wraz z Carterem. Ma zabrać gdzieś Woodworków. Okazuje się, że gołąbeczki zostają zaprowadzeni przed oblicze jaśnie panującego króla Maksia i jego jeszcze-nie-żony, przyszłej królowej Amisi. Parze prawie królewskiej towarzyszy tłum doradców.

Carterze i Marlee Woodwork – zaczął z uśmiechem, a mnie serce mało nie wyskoczyło z piersi, gdy usłyszałam moje prawdziwe imię i nazwisko po mężu. – Za zasługi dla korony, ja, wasz król, mocą swojej decyzji anuluję wszelkie wyroki, jakie zostały wcześniej na was wydane.

Eee… przepraszam, jakie zasługi? Za migdalenie się po kątach, czy może za gotowanie obiadów i pielenie grządek?

Oczywiście nie mogę anulować wymierzonej fizycznie kary, ale dotyczy to pozostałej części wyroku. Czy to prawda, że zostaliście oboje ogłoszeni Ósemkami?
Dziwnie się czułam, odzywając się do niego w takich okolicznościach, ale najwyraźniej takie były zasady. Carter odpowiedział za nas oboje.
Tak, wasza wysokość.
Czy to prawda, że przebywaliście w pałacu, wykonując obowiązki Szóstek, przez ostatnie dwa miesiące?
Tak, wasza wysokość.

Stary, robisz z siebie kretyna przed doradcami. Co oni sobie pomyślą? Albo że tych dwoje zdrajców jakoś wykiwało Clarksona i księciunia i mieszkało sobie spokojnie w pałacu pomimo wygnania, albo to Maksio im pomógł zrobić świętej pamięci króla w ch*ja. Nie wiem, co lepsze.

Czy jest także prawdą, że pani Woodwork udzieliła przyszłej królowej pomocy, gdy zaniemogła?

- Albowiem gdyż ponieważ byliśmy, jesteśmy i będziemy bezdennie głupi. Ktoś musi nas potem ratować.

Uśmiechnęłam się do Ami.
Tak, wasza wysokość.
Czy jest także prawdą, że pan Woodwork kochał i wspierał panią Woodwork, byłą damę z Elity, a zatem drogą nam Córę Illei, zapewniając jej wszystko, co było możliwe w tych okolicznościach?
Carter spojrzał w ziemię, jakby zaczął się zastanawiać, czy dał mi dosyć.
Tak, wasza wysokość – wtrąciłam szybko.
Mój mąż zamrugał, jakby powstrzymywał łzy. To on mi powtarzał, że nie zawsze będziemy prowadzić takie życie, dodawał mi otuchy w najcięższych dniach. Jak mógł myśleć, że to nie wystarcza?
Za wasze zasługi, ja, król Maxon Schreave, uwalniam was od przypisanej klasy. Nie jesteście już Ósemkami. Carterze i Marlee Woodwork, jako pierwsi obywatele Illei nie należycie do żadnej klasy.

DUN DUN DUN!!!

I tak zaczęła się subtelna jak radziecki czołg przemiana ustrojowa Ikei. Życzę ci Maksiu powodzenia, twoja galopująca niekompetencja przyniosła mi swego czasu wiele radości, ale też i facepalmowania.

Zmarszczyłam czoło.
Nie należymy do żadnej klasy, wasza wysokość? – Odważyłam się spojrzeć na Ami, która siedziała rozpromieniona, ze łzami lśniącymi w oczach.
Właśnie tak. Macie teraz prawo dokonać dwóch wyborów. Po pierwsze, zdecydujcie, czy nadal chcecie uważać pałac za swój dom. Po drugie, powiedzcie mi, jakie zawody chcielibyście wykonywać. Cokolwiek postanowicie, moja narzeczona i ja z przyjemnością zapewnimy wam dach nad głową i wszelką pomoc. Jednakże mimo wszystko nie będziecie należeć do żadnej klasy. Będziecie po prostu sobą.



Woodworkowie chcą, rzecz jasna, pozostać w pałacu. Carterowi odpowiada hasanie po ogrodzie, ale nie wyklucza, że kiedyś chciałby awansu. Marlee chciałaby zostać damą dworu Amisi.
 
America zerwała się z miejsca i przycisnęła dłonie do serca. Maxon popatrzył na nią, jakby była najpiękniejszym widokiem na świecie.



Jak widać, właśnie na to miała nadzieję. – Odchrząknął i wyprostował się lekko, gdy zwrócił się do urzędników za stołem. – Niech zostanie zapisane, że Carter i Marlee Woodwork zostają oczyszczeni ze wszystkich wcześniejszych zarzutów i od dzisiaj znajdują się pod opieką pałacu. Zapiszcie także, że nie należą do żadnej klasy i są ponad takimi podziałami.
Tak zostało zapisane! – oznajmił jeden z urzędników.
Gdy tylko skończył mówić, Maxon wstał i zdjął koronę, a Ami dosłownie zerwała się z miejsca i podbiegła, żeby mnie objąć.
Miałam nadzieję, że zostaniesz! – zawołała. – Nie poradzę tu sobie bez ciebie!
Żartujesz? To ja mam prawdziwe szczęście, że mogę służyć królowej.
Maxon dołączył do nas i uścisnął mocno dłoń Cartera.
Jesteś pewien, że chcesz pracować w ogrodzie? Możesz wrócić do gwardii albo nawet zostać doradcą, gdybyś chciał.
Jestem pewien. Nigdy nie miałem głowy do takich rzeczy, a zawsze lubiłem pracować fizycznie. Będę szczęśliwy, mogąc się tym zajmować.

- A poza tym, ten tego, eee, nie umiem czytać i pisać, i fokle… Dobrze, że poszczególne nawozy mają rysunki kwiatków na opakowaniach, żebym wiedział, do jakiego gatunku się nadają. Inaczej z królewskich ogrodów zostałaby pustynia.

To jeszcze nie koniec lukru. Amisia ma jeszcze jeden prezent dla Woodworków. Dziewczyna żałuje, że nie mogła uczestniczyć w tajniackim ślubie Marlee i Cartera, ale chce im to wynagrodzić. Ona i Maksio podarowują parze proste, złote obrączki. Wszyscy są wzruszeni jak stary siennik.




To za dużo! – powiedziałam. – Za dużo szczęścia na jeden dzień!
Ami podeszła do mnie i objęła mnie od tyłu.
Mam przeczucie, że czeka nas jeszcze mnóstwo szczęścia.
Uściskałam ją, gdy Carter znowu podał rękę Maxonowi.
Cieszę się, że cię odzyskałam – szepnęłam.
Ja też.
Poza tym będziesz potrzebować kogoś, kto cię powstrzyma, gdy zaczniesz przesadzać.
Żartujesz? Będę potrzebować całej armii ludzi, żeby mnie powstrzymywali, gdy zacznę przesadzać.
Roześmiałam się.
Nigdy nie zdołam ci za to wszystko podziękować. Wiesz o tym, prawda? Zawsze będę przy tobie.
W takim razie to mi wystarczy za podziękowanie.



I tym jakże lukrowatym akcentem kończy się „Faworytka”. I gdzie te powiewy świeżości, hę? Flaki z olejem, absolutnie nikt nie jest zdziwiony, prawda? Zieeew.


Za tydzień odwiedzimy na chwilę głowę naczelnej biczy Cassolandu, czyli Celeste. Zostańcie z nami!


Beige

27 komentarzy:

  1. Boru, nie wierzę, że Clarkson nie wykrył tej suPtelnej intrygi... Btw, czy tylko mi strój Marlee z ilustracji kojarzy się z dziewiętnastowieczną krynoliną (ten dół) albo generalnie z czymś z pewnością nie współczesnym, a już z pewnością nie futurystycznym? Znaczy wiem, że osadzenie akcji w przyszłości było tylko pretekstem do dystopijnego tła oneone!, ale Marlee wygląda jak skrzyżowanie wiktoriańskiej pokojówki z Melanie Wilkes z "Przeminęło z wiatrem".

    OdpowiedzUsuń
  2. "– Niech ktoś przyniesie wrzątku. W apteczce są środki antyseptyczne, ale wrzątek też się przyda.
    Wrzątek się zawsze przydaje."
    Pewnie na herbatę dla Anne, żeby napiła się jej w spokoju gdy skończy cerować.
    "(..) więc sprawa jak zwykle rozbija się o niechęć do używania mózgu przez absolutnie każdego bohatera w Cassolandzie." Hej, a Clarkson?!

    Mam teorię odnośnie pokojówek: Akcja dzieje się w bliżej nieokreślonej przyszłości (chyba, że przeoczyłam jakąś wyraźną datę) po jakiejś bliżej nieokreślanej wojnie, która zmieniła oblicze świata. Równie dobrze to może być bardzo odległa przyszłość. Technologia posunęła się do przodu - ludzkość nauczyła się tworzyć doskonałe cyborgi. Pokojówki są właśnie tymi cyborgami. Z tyłu głowy mają wejście USB lub inne w tym rodzaju. Gdy potrzebne są konkretne umiejętności typu: pilotaż samolotu, operacja mózgu, granie na banjo, haft artystyczny czy wschodnie sztuki walki, wtedy pokojówka wkłada sobie w to wejście dysk z odpowiednią aplikacją. 10 minut później jest specjalistą w danej dziedzinie. Ta teoria wyjaśnia i czarną dziurę fabularną - pokojówki ładują wtedy baterie, i bezpłodność Lucy - jako cyborg raczej nie mogłaby się rozmnażać, i posłuszeństwo wobec korony - ustawienia nadrzędnego oprogramowania, na co komu zbuntowane, wszystko-umiejące cyborgi. Cyborgami są same kobiety ponieważ ich męskie wersje wysyłano na front, gdzie wszystkie uległy zniszczeniu.

    rose29

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To by nie było głupie... tylko jakoś tak z DB mi się skojarzyło.

      Kandara

      Usuń
  3. Okey, nie do końca kumam, jak, żyjąc w ciągłym strachu (a przynajmniej teoretycznie, bo jak jest na prawdę, wie każdy), że ktoś po nagłośnionej na cały kraj chłoście dwójki zdrajców stanu, byłej Córy Ilei i byłego gwardzisty jednak ich rozpozna i doniesie o ich pobycie w zamku Clarksonowi, co równałoby się ze śmiercią, można martwić się o to, że na zbliżające się Boże Narodzenie nie ma się możliwości kupna prezentu ukochanej osobie. Nosz kurwa mać. Przepraszam za język, ale tej głupoty nie da się inaczej skomentować.

    Nie podoba mi się sposób, w jaki Kiera opisuje w "Faworytce"... w sumie wszystko. Cierpienie ukochanego? O mój boże, cóż za tragedia. Atak rebeliantów, widmo śmierci nad głową, zmiana panującego na tronie? No, bardzo fajnie, ale czy możemy już powrócić do tematu miłości? Nah, akapit z tym zastawianiem drzwi łóżkiem, atak rebeliantów, w trakcie którego zginął król i króla sprawił, że ręce mi opadły. Zero emocji, zero dramatyzmu. Po prostu streszczenie. Normalnie jakbym czytała wypracowania swoich kolegów z klasy.
    O wiele bardziej podobała mi się "Królowa".

    Zobaczymy, co Kiera zaserwuje nam w sprawie Celeste.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  4. Czy Maksio nie jest trochę, eee... zbyt wesoły jak na kogoś, kto właśnie stracił rodziców (i omal nie stracił również własnego życia)? Wiem, że nie dogadywał się z ojczulkiem, no ale jednak chociaż w obliczu straty matki mógłby okazać odrobinkę emocji...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż,kilka godzin po stracie rodziców Maksia zajmowało przede wszystkim to, czy Amisia powie "tak", więc...

      Usuń
    2. Nie. Wiedział, że jest w opku, gdzie zgon rodziców jest obowiązkowy, więc machnął na to ręką. Miłoźdź ważniejsza.

      Usuń
  5. Ecie pecie o wszechświecie! I tyle.Może chociaż o Celeste coś nabazgrała w miarę ciekawego.

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  6. Placze, bo na ilustracji nikt nie jest w plaszczu dementora.
    Nie moge sie doczekac pokazu nienawisci do wlasnej plci za tydzien!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlaczego: pokazu nienawiści? Nie pytam złośliwie, autentycznie ciekawi mnie Twoja opinia.

      Usuń
  7. Nie wiem i nie chcę wiedzieć, co w słowniku Cass figuruje pod "powiewem świeżości", ale wnioskuję za składką w celu zakupienia jej jakiegoś nowego. Czegoś tak wybitnie nudnego i nieoryginalnego nie widziałam od dawna :D

    Po Celeste coś nam jeszcze zostało? Chyba jakieś notatki Cass, tak?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może po prostu akurat to dzieUo pisała przy otwartym oknie?

      Usuń
    2. Po "Celeste" mam jeszcze "Pokojówkę", dalsze losy kandydatek i wywiad.

      Usuń
    3. *sarkazm* Tylko tyle? A tak liczyłam, że Cass napisała coś jeszcze z perspektywy "przechodnia nr.3"...

      Usuń
  8. Lukier, lukier, lukier. To jest tak nudne i glupie ze nawet jako analize sie zle czytalo!

    OdpowiedzUsuń
  9. Tym razem ficzek nieco dramatyczny, mocno inspirowany Szekspirem.

    (Cela. Mizerna, cicha, w wystroju licha. Pełna oparów głupoty, tudzież mgły. Marlee i Carter siedzą na sienniku, na którym leży czaszka)
    Maxon: Odrzućcie imiona, zmieńcie swe nazwisko!
    Bo przecież król jest nadal niebezpiecznie blisko,
    Lecz wszak go oszukam tym chytrym fortelem.
    Ty jesteś sobą, nie żadnym Carterem...
    Clarkson: (wchodzi i przerywa) Cóż znaczy nazwa? To, co zwiemy różą,
    Pod inną nazwą nie mniej by pachniało.
    Tak samo ci, co przeciw mnie się burzą,
    Choć z innym mianem, to z gębą to samą.
    Carter i Marlee: Oj, olaboga! Chwila to okropna!
    Maxon: Lecz cicho! Co za blask strzelił tam z okna!
    Clarkson: Nie twego intelektu, jak słyszę.
    To kat topór ostrzy, mącąc przy tym ciszę.
    Maxon: Czyżby kat ten, ojcze, miał dziś głowy ścinać?
    Clarkson: Tak, na przykład twoją. Pożytku z niej nié ma.
    Maxon (cofa się): Po co tak gwałtownie...
    Carter (melancholijnie, podnosząc czaszkę): Być, albo i nie być,
    Wielkie to pytanie...
    Clarkson: (złośliwie) Zdradę ciężko przeżyć.
    Kat (pojawia się w drzwiach) Topór gotów, panie!
    Marlee: Po co zaraz...
    Clarkson: Amen.
    A odpowiadając na wasze pytanie:
    Bo mam taki kaprys, niech tak więc się stanie.
    To ja was zostawiam. Z katem, drogie dzieci! (Wychodzi)
    Kat: (wchodzi do środka i zamyka drzwi) Widzę, że niejedna głowa tu poleci.
    (Kurtyna)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie doszłam do wniosku, że ta seria byłaby znacznie ciekawsza, gdyby ktoś utalentowany (np. Rilmar) przepisał ją wierszem.

      Usuń
    2. Senpai noticed me.
      Ten poniedziałek jest nagle trochę mniej zły.

      Usuń
    3. Borze! Jakie to jest dobre i zabawne! :D

      Usuń
  10. Jak tak patrzę, to problem jest chyba z interlinią a nie czcionką. Bo w poprzednich rozdziałach są większe odstępy między znakami.

    I to że skończyłyście z Faworytką, znaczy że w niedzielę jest ostatnia notka? I to będzie koniec?

    OdpowiedzUsuń
  11. Nagle uderzyła mnie pewna teoria dotycząca Hondurabyla jako radioaktywnego spichlerza Ikei. No bo oni tam mieli regres technologiczny i na pewno także naukowy. Jakby nie było, zawaliła się im w pewnym sensie cywilizacja. Coś, jak w XIV-XV wieku. W pierwszej połowie XX wieku uważano rad za cudowne lekarstwo na wszystko i dodawano go do wszystkiego, w tym jedzenia i picia, może Grześ dlatego tam ulokował produkcję żywności. A potem władza nie chciała się przyznać do błędu, zatuszowała sprawę, uciszyła kogo trzeba... Albo Grześ naprawdę pokazywał fajką losowe miejsca na mapie ze słowami "tu huta, tu fabryka, tam ze trzy kołchozy, tu postawimy wzorcowe miasto..."
    Swoją drogą, ten motyw nie ma żadnego znaczenia, poza tym że Ameba jest biedna i chora, jejku, jej. Co oni robią z tym skażonym jedzeniem? Dystrybucja w kraju? Wtedy nie tylko w Hondurabylu ludzie powinni chorować i mutować, a America powinna dziwić się, że pałacowy kurczak nie świeci i ma tylko dwie nogi. Eksport? Pomijając opcję, że promieniowanie wciąż jest gdzieś uznawane za nieszkodliwe i zdrowe, raczej już by nie mieli dokąd. Embargo spowodowałoby nadmiar jedzenia w kraju, a także izolację na arenie międzynarodowej i znaczne napięcie. Chyba.
    To bez sensu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "To bez sensu"

      Cóż, właśnie zgrabnie podsumowałaś ideę Cassoversum jako takiego.

      Usuń